Wyznania Pseudo Kabotyna

Na samym początku moich wyznań zastanawiam się nad ich formą i długością mającej tutaj rozrastać się treści. Każde moje wyznanie będzie szczerą apologetyką siebie samego przed sobą samym. Nie będzie bowiem umiał się bronić ten, który nie obroni się wpierw przed własnymi obsesjami. Prawdziwe wyznania, skoro mają być naturalne, nie mogą być za długie, nie mogą być nużące. Wyznania muszą podążać za intuicją, która usypia rozsądek i wdraża w uczucie ekshibicjonistycznej świeżości. Podobnie jest z wyznawaniem miłości; w pewnym momencie trzeba przerwać uwodzicielski wywód i ująć obiekt pożądania czymś bardziej subtelnym od słów. Jeśli bowiem wyznania będą ciągnąć się w nieskończoność, zaplączą się we własnych inklinacjach i przestaną być rzetelne. Nie powinienem również przy pomocy swej szalonej wyobraźni wywierać wpływu na jakąś fikcyjną postać w celu uwydatnienia własnych ekspresji, czyli zamierzam pisać w pierwszej osobie. Myślę także, iż niestosownie byłoby w tego rodzaju sumiennym rozrachunku posługiwać się zapożyczeniami ze światka literackiego, więc nie będę nikogo cytował.

Wyznania te będą następstwami pewnych perfidnych sił oraz zdarzeń, które mogą wydać się nieco naciągane lub zmyślone. Jednak żaden podejrzliwy cień nie zaneguje ich ciągle autentycznego powabu, którym co dnia karmi się serce moje. Lecz nie wiem, czy mogę podzielić to wszystko, co zamierzam wyrzucić z siebie, na rozdziały. Czyż można podzielić swe serce i duszę? Można je po części obnażać, ale podzielić, jak mi się zdaje mógłby chyba tylko sam Bóg. Zgadza się, pseudo kabotyn również ma takie predyspozycje, ale służą one do czegoś zupełnie innego. W takim przypadku jest to jedynie manewr uśmierzający mój brak zaspokojenia w dyscyplinie odtruwania zmysłów, emocji i ducha. Trick powodujący wydzielanie wewnętrznej substancji obronnej, pochodnej adrenaliny nastrajającej umysł na optymistyczną częstotliwość. Nazywam ją entuzjofiną. Wobec tego nie będę w stanie się podzielić, i dlatego będę starał się pisać jednym ciągiem, zaś jeśli pojawiłby się jakikolwiek wtręt rozdzielający nurt owej refleksji, to będzie to już koniec mych zwierzeń, a początek ich przyczyn. Niestety nie mogę się obejść bez tak zwanych akapitów, ponieważ dadzą mi one, dzięki swej niemalże niedostrzegalnej gdyby nie zdania naturze, sposobność eliminowania supłów na pozyskiwanych zwojach myśli. Potrafię jak każdy człowiek mieć wgląd w całokształt swych przemyśleń, jednak żeby go odtworzyć należy m.in. w miarę poprawnie budować zdania w wybranym języku, co też staram się konstruktywnie kontynuować. Dobrze, zatem mogę zaczynać.

Nazywam się Pseudo Kabotyn i nie znam nikogo innego, kto nazywałby się podobnie jak ja. Co więcej trudno mi powiedzieć, czym tak naprawdę jest psebotynizm, ale tak czy owak postaram się go zdefiniować. Już od dawna się do tego przygotowywałem. Wszystko zaczęło się od „Wakacyjnego dziennika pseudo kabotyna”, którego pierwszą stronę zapisałem dokładnie rok temu, i którego nikt jeszcze nie czytał. Dlatego postanowiłem w odpowiednich momentach na korzyść moich wyznań przywoływać pewne jego fragmenty.
Pierwszy raz spotkałem się z określeniem kabotyn czytając „Buszującego w zbożu” J. D. Sallinger’a i od tamtej pory zacząłem zwracać na nich uwagę. Świat był zawsze pełen kabotynów, ale nigdy tak opluty kabotynizmem jak dnia obecnego. Wystarczy włączyć telewizor i już roi się od tych żałosnych komediantów; występują w reklamach i tendencyjnych telenowelach dla drobnomieszczaństwa, pokazują ich we wiadomościach i merkantylnych reality show. Istnieje swego rodzaju niepisany popyt na kabotynów. Im bardziej jakiś program nasączony jest kabotynizmem, tym większa jest jego oglądalność. Aktorzy natomiast nie zgrywają się przed kamerą, gdyż to właśnie pozerzy nieudolnie udają aktorów. Kabotyni przeważają wśród młodzieży, ale nie tylko. Zdarza się również, że przemawiają do ludzi z ambony i mówią im, co kabotyńsko dobre, a co kabotyńsko złe. Wybrani przez nasze próżne i otępiałe społeczeństwo kabotyni zasiadają w parlamencie. Wystarczy pójść na dyskotekę lub do nowoczesnego centrum handlowego, wystarczy pójść gdziekolwiek – kabotyni są wszędzie. Kiedyś tego nie było, ponieważ kiedyś nie było takiego szybkiego transferu informacji, nie było mediów i Internetu. Przez to wszystko każdy pragnie dopasować się do przeobrażającego się z dnia na dzień świata. Każdy obsesyjnie próbuje dostosować się do narzucanych wzorców i trendów, do propagowanego stylu bycia original. Każdy chce oryginalnie się ubierać, więc wszyscy wyglądają tak samo. Każdy chce pokazać, że ma oryginalny sposób myślenia, więc wszyscy myślą podobnie.

Pozer to po prostu ten konsument, który jako jeden z pierwszych posiadł dany produkt i uczynił go częścią swojego życia, przynajmniej na jakiś czas. To taka odmiana epigona, to taki kameleon rynkowej komercji. Pozer to właśnie ten cwaniak, który pierwszy użył modnego powiedzonka, który pierwszy podpatrzył, co fajnie mówić i robić w podatnym na manipulacje towarzystwie. Pozer to taki ostentacyjny gość, z którym normalny człowiek nie ma ochoty rozmawiać, bo pozer zawsze chce rozmawiać ze wszystkimi. Stara się on zazwyczaj skierować tok rozmowy na tematy, w których już się wyćwiczył, zdecydowanie preferuje mówić niż słuchać, ponieważ jest płytkim egoistą. Jest klasyczną ofiarą tak zwanej jaźni odzwierciedlonej. Z kolei pseudo kabotyn nigdy nie jest tym, kim wypada być w danym towarzystwie. Pseudo kabotyn jest zawsze sobą, choć złośliwi będą twierdzić, że to bzdura, a jego maska będzie szeptać wszystkim na ucho „co za dupek”. I między innymi dlatego pseudo kabotyn ma prawo uznać każdego, kto mu wejdzie w drogę za pozera, bo dzisiaj każdy jest pozerem, a jeśli nim nie jest to chciałby nim być. Bowiem ludzie mają obsesje na punkcie posiadania, a kabotyn sprawia wrażenie kogoś, kto dużo ma, aczkolwiek mało może. Kabotynizm to marnująca się młodość, uprzedmiotowianie nieuchwytnych ideałów. Kabotynizm jest na topie, przedostał się do każdej branży życia kulturalnego. Nastała era nowatorskiego pozerstwa. Z tego też powodu moi przodkowie (o ile tacy w ogóle istnieli) nie zwracali za bardzo na siebie uwagi. Otóż nie spotkałem jeszcze w swoim życiu pseudo kabotyna. To może implikować dwie następujące możliwości: albo jesteśmy zagrożonym gatunkiem, albo ja (jako pierwszy lub ostatni pseudo kabotyn) muszę się rozmnożyć.

Każdy kabotyn, nawet ten najbardziej beznadziejny, posiada coś cennego, mimo że jest to esencją jego prostactwa, bowiem obnosi się on z tym bez cienia cnoty. Coś, co pseudo kabotyn nie stosuje na pokaz, a jedynie wtedy, kiedy rozpoznaje ślady swojego powołania, pozostawione przez intuicyjny rekonesans, który dokonuje się samoistnie za każdym razem, kiedy quasi pozerski potencjał garnie się w nim do erupcji. Chodzi mi oczywiście o tak zwany rezon, czyli pewność siebie.

Czy pseudo kabotyn będzie wobec tego kimś, kto udaje zwykłego pozera? Odpowiadam, że to bardzo uproszczone rozumowanie. Byłbym wtedy kimś, kto zgrywa się na zwykłego kabotyna, a więc mógłbym rzec, że jestem pozerem. Jaki to by miało sens? Jeżeli celem pospolitego kabotyna jest tylko i wyłącznie podniesienie swojej wartości we własnych oczach, to celem pseudo kabotyna jest bezinteresowne wywyższenie siebie w oczach wszystkich, jako że zwyczajne pozerstwo ma już on daleko za sobą. Parafrazując, pseudo kabotynizm nie jest zwyczajnym symulowaniem pozerstwa, tylko stwarzaniem przesłanek do postrzegania siebie jako kabotyna. Jeżeli ktoś pozuje na fana Eminema i chce być taki jak on, to pseudo kabotyn nie będzie zgrywał się na kogoś takiego. I nie będzie nigdy udawał jak ktoś udaje kogoś, to nie jest istotą pseudo kabotynizmu. Pozer kreuje swój perfekcjonizm wyłącznie subiektywnie, natomiast pseudo kabotyn intersubiektywnie. Wiem o tym, bo kiedyś byłem pozerem i liczyło się tylko to, co ja o sobie myślałem. Z czasem zaczęło mi zależeć na tym, co myślą o mnie inni. Jeśli ktoś mówi „mam gdzieś, co myślą o mnie inni” to znaczy, że jest marnym kabotynem. Pseudo kabotyn powie „też mam to gdzieś, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ich przekonać, że jestem zajebisty”.

Zagadką jest dla mnie, czy pseudo kabotyn może być prawdziwym artystą, i czy istniał ktoś taki przede mną? Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach mógłby nim być, ale czy kiedyś? Nie potrafię podać przykładu, boję się chybić, chociaż mam kilka postaci na myśli. Mogę dostrzec rys pseudo kabotynizmu u Sade’a, Gide’a lub Kosińskiego. Mogę rozpoznać cechy pseudo kabotyna w sylwetkach Ala Pacino, Jacka Nicholson’a oraz Brucea Campbell’a. Gdyby połączyć Woltera z Sokratesem wyszedłby wykapany psebotyn. Jednakże nie jest to ten pseudo kabotynizm rodem prosto Zabrza, który ja sobą reprezentuję.

W takim razie muszę wytypować kogoś jeszcze innego. Będzie to tylko hipoteza, aczkolwiek niezwykle sugestywna. Ośmielę się wskazać na postać Jezusa Chrystusa, choć nie posiadam absolutnej gwarancji jego istnienia. I chcę tutaj ostro zaznaczyć, że nie mam zamiaru porównywać się do Syna Człowieczego. Usiłuję jedynie na jakimś powszechnie znanym przykładzie, czytelnie i obiektywnie ukazać istotę pseudo kabotynizmu, a Jezus zawsze deptał mi po piętach tymi dalekosiężnymi mackami swojej spuścizny. Nie rozpoznaję w nim siebie, ale nie jestem też jego przeciwieństwem. Niemniej jednak istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeżeli Chrystus naprawdę istniał, to należał do mojego klanu. Dalej, jeśli mam być szczery, to nigdy za nim nie przepadałem, lecz nie mógłbym się bez niego obejść w moich wyznaniach, gdyż tak się akurat składa, iż jest on niezbędnym składnikiem zapewniającym odpowiedni kontrast. Bez niego moje zwierzenia nie miałyby sensu.

Problem polega na tym, że prawdziwemu pseudo kabotynowi trudno jest zwrócić na siebie uwagę drugiego pseudo kabotyna, ponieważ zarówno jeden, jak i drugi są przekonani, że są jedyni w swoim rodzaju, że są wybrańcami. Nawet, jeżeli ich sytuacja jest nędzna, to nadal będą wierzyć w swoją nadrzędność i przeznaczenie, którym jest liberalna rewolucja dla dobra ludzkości. Jezus był święcie przekonany, że jego drugie przyjście nastąpi jeszcze za życia jego uczniów, tak ślepo w siebie wierzył. Gdyby Jezus mieszkał w moim bloku nie zwróciłbym na niego uwagi i vice versa. Innymi słowy pseudo kabotyn jest w stanie mniemać, iż jest synem bożym numer dwa. Jezus mniemał, że był synem bożym numer jeden, bardzo namiętnie mniemał, gdyż słowo ciałem się stało. Kto wie, być może Budda i Mahomet także byli pseudo kabotynami?

Niestety, kiedy ja zwracam na siebie uwagę, to nie jest to żadna życzliwa atencja, gdyż wyrasta ona przeważnie z nie żyznej gleby motłochu, w której to niepojęta wszechmoc łaski bożej zasadziła ziarenko mego istnienia. Toteż, jeżeli już jestem zauważony, to wyłącznie po to, aby zostać poniżony lub narażony na żenadę, która niczym aureola osadza się na mym skalpie, gdy następuje takowe stężenie plebejuszy nowej generacji wokół mego rdzenia wspaniałomyślności, wokół mej chrześcijańskiej poczciwości stroniącej od kościelnej miłości, wokół tego całego kuriozum, którym wymiotuje moja aparycja.

Pseudo kabotyn otoczony przez dzikusów na dzikim zachodzie sam by się oskalpował, a potem dobił. Chrystus także prawie sam się ukrzyżował. Nie umiał obronić się przed samym sobą, więc tym bardziej był bezbronny wobec żądnej krwi gawiedzi żydowskiej. W każdym bądź razie w dzisiejszych czasach pseudo kabotyn ma większe szanse by przemówić do tłumu, niż w przeszłości. Stąd też moje wyznania, ale jeszcze nie wiem, jaka będzie przyczyna mojej śmierci. W tej kwestii zaufam nieodgadnionemu sensowi predestynacji.

Żołnierz śmiertelnie ranny na wojnie potrzebuje morfiny, dzięki której lżej się umiera. Mimo wszystko pseudo kabotyn jest tylko człowiekiem, ale w przeciwieństwie do reszty „bliźnich”, potrzebuje morfiny nie więcej niż parę razy w życiu. Jest nieuzależnionym od niej żołnierzem-idealistą walczącym w imię prawdziwej miłości. Jest to wojna metafizyczna, a jego wrogiem jest ciążące na nim fatum. Jezus potrzebował morfiny, tego ostatecznego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, potrzebował swojego ojca dopiero, gdy umierał na krzyżu. Zwykły człowiek nie może egzystować bez morfiny, zażywa jej przy każdej bolączce, ponieważ nie jest w stanie samodzielnie przejść przez życie. Potrzebuje przedmiotów kultu, świątyń i pasterzy jakoby znających prawdę. Jest odwodniony z entuzjofiny, która jest właśnie przeciwieństwem morfiny.

Nie jest to tylko filozofia, gdyż pseudo kabotynizm jest już częścią mojej filozofii, a raczej jednym z jej narzędzi. I nie jest to satyra na pospolite pozerstwo, albowiem pseudo kabotyn stara się nie ujawniać w obecności zwyczajnego pozera. Nie wyobrażam sobie Chrystusa, czyniącego cuda dla poklasku i ujawniającego swoje prawdziwe oblicze w obecności swych dręczycieli, a Poncjusz Piłat był według mnie beznadziejnym kabotynem. To przemawia za tym, że Jezus mógł być pseudo kabotynem. Ktokolwiek ma styczność z kimś takim po raz pierwszy, ulega dwóm sprzecznym impresjom równocześnie, po czym któraś z nich triumfuje. Są to fascynacja i wzgarda.

Jeżeli chodzi o fascynację ze strony użądlonych przez pseudo kabotyna, to jest ona zazwyczaj traktowana z dystansem i specyficznym dla tego rodzaju charakteru umiarkowanym sarkazmem, co w rezultacie wzmaga doń uwielbienie. Pseudo kabotyn nigdy nie ufa pochlebcom, bo sam dla kpiny jest pochlebcą, tyle że charyzmatycznym. Nadstawianie drugiego policzka przez rabbiego było bez wątpienia pochlebstwem dla kpiny! Każdy, kto się do mnie garnie traktowany jest z przymrużeniem oka, ponieważ prawdziwymi wrogami pseudo kabotyna okazują się w głównej mierze podlizuchy obydwu płci. Natomiast sposób, w jaki ich traktuję uszlachetnia ich wydrążone z entuzjofiny ubogie duszyczki, co jednocześnie zmniejsza ryzyko, że staną się kiedyś dlań Brutusami.

Chociaż mało mi wiadomo o chrystusowym sarkazmie, to jestem pewien, że jeżeli cechował on jego usposobienie, to był piekielnie charyzmatyczny. Ależ mogę nawet wskazać cytat z Nowego testamentu, a raczej nakierować na odpowiednią stronicę, gdyż postanowiłem nikogo nie cytować w niniejszych wyznaniach. Mianowicie jest to „Ewangelia wg św. Mateusza, 5, 28 – 30”. Jeśli podrozdział o cudzołóstwie nie zalatuje specyficzną dla pseudo kabotyna ironią, to będzie oznaczać to nic innego jak podwójną negację, czyli jeszcze bardziej śmiałą tezę, jaką jest quasi pseudo kabotynizm syna bożego. Co do pochlebców, wrogiem Jezusa okazał się na przykład Judasz, a pozostali apostołowie też raczej by nie oddali za niego życia.

Na szacunek pseudo kabotyna zasługuje zawsze ten osobnik, który lekceważy lub nie popiera prezentowanej przezeń strategii towarzyskiej lub ideologicznej, no chyba, że jest nic nie wartym szaraczkiem, niezauważonym przezeń pozerem lub jednym i drugim. Jezus z pewnością szanował bardziej swoich oponentów, niż pochlebców, ludzi szukających i sceptycznych, niż przekonanych prostaczków, którzy później wybierają Barabasza. Wprawdzie wyzywał ich wszystkich od jaszczurek i straszył piekłem, ale przecie to zachowanie typowe dla pseudo kabotyna. Jako że woli on nie dać po sobie poznać, co naprawdę myśli i czuje. Ten przywilej mają tylko ulubieńcy, a co dopiero ulubienice. Jest w stanie całkiem szczerze obnażyć się w obcym towarzystwie, ale zagra to w taki sposób, że nikt nie weźmie tego na poważnie. Jestem wirtuozem w robieniu koktajlów z opinii dotyczących mojej osoby, ale zawsze pozostawiam sobie pole do odwrotu w razie niepowodzenia.

Mój bohater (ten, którym jestem) jest typem samotnika, jest sentymentalny i zarazem odważny. Kocham samotność bardziej od miłości, ponieważ im bardziej jestem samotny, tym bardziej doceniam wartość miłości. Pseudo kabotyn nie może być prawiczkiem, jako że prawiczkom brakuje owego rezonu. Lubi przebywać w towarzystwie kobiet, uwielbia się pokazywać z atrakcyjną kobietą, a najlepiej z kilkoma naraz. Na samą myśl, że jest wtedy obserwowany i obgadywany, podnieca się i tryska entuzjofiną. Jest zawodowcem, mistrzem w grze pozorów i dlatego często uchodzi za kobieciarza lub megalomana, choć w rzeczywistości nie mógłby nikogo zdradzić lub wykorzystać. Jest genetycznie stworzony do bycia wiernym, zawsze można zaufać pseudo kabotynowi. Przeciętnemu przedstawicielowi gatunku męskiego wystarcza jeden rodzaj kobiecej mentalności, ale seks uprawia on z wieloma. Zaś pseudo kabotynowi potrzeba więcej żeńskich form osobliwości, gdyż jest uzależniony od ducha kobiecości. Pseudo kabotyn może współżyć z jedną kobietą, ale nie jest w stanie rozmawiać tylko z nią. Najbardziej w kobiecie kocham temperament. Moja cielesność jest zawsze wierna, ale moja wyobraźnia jest polimorficzna i zdradliwa!

Z tego, co mówi pismo, Jezus wolał apostołów, swoich wiernych epigonów. Otóż nie widzę żadnych przeszkód, aby pseudo kabotyn nie mógł być homoseksualistą. Notabene nie wiemy nic o jego dojrzewaniu, znamy biografię Chrystusa z okresu, kiedy był dzieckiem i dorosłym mężczyzną. Po środku jest jedna wielka, tajemnicza szparka. Tak jakby ktoś wyrwał te wszystkie strony i przywłaszczył sobie prawdę na temat nastoletniej konduity syna bożego. Z tego powodu nie mogę mieć całkowitej pewności, że należał on do klanu pseudo kabotynów. Niemniej jednak powołując się na zdrowy rozsądek; czy jeśli Jezus prowadziłby się dajmy na to, jak najbardziej obiecujący (czyli rygorystycznie wytresowany przez zatwardziałych następców św. Josemarii Escrivy) wychowanek hiszpańskiego Opus Dei, to po cóż ktoś miałby okrajać tak korzystny dla całej idei życiorys? W ten sposób mogę wydedukować, że musiało zdarzyć się w tym okresie coś, co rzucało cień na późniejszą filozofię rabbiego. Moim zdaniem była to miłość do kobiety. Nigdy nie uwierzę, że syn boży umierał na krzyżu jako prawiczek. To chyba największa bzdura, w jaką można wierzyć.

Wątkiem dość irracjonalnym opisywanego przezeń fenomenu będzie stwierdzenie, że pseudo kabotyn jest ofiarą bytu jako bytu, uwikłaną w szereg wieloznacznych abstrakcji. Wszędzie rozpoznaję jakieś znaki, moje życie to gnuśna, intencjonalna układanka. Pewne światopoglądy i zjawiska nachodzą się na siebie i z biegiem czasu wydają się konieczne. Psebotyn nie dość, że ma problemy z samookreśleniem, to żywi się każdym nowym pojęciem, aby przetworzyć je na swój obraz i podobieństwo. Jest na głodzie metafizycznym, musi filozofować i nauczać, musi tworzyć i kochać. I zapewne tylko po to, by zostać zniszczonym wraz z całym efektem swej pracy. Czy obraziłby się ktoś, gdybym powiedział, że wszystkie cuda Jezusa były jedynie dziełem sztuki, sublimacją jego pseudo kabonistycznej fantazji? Może jakiś prostaczek albo jego chrześcijański epigon, ale nie człowiek inteligentny.

Im więcej kategorii, im większy bagaż nagromadzonej wiedzy, tym szersza sieć aporii, w której plącze się mój intelekt. Gdy przemawiam nigdy nie wiem, do jakich dojdę wniosków. Gdy czegoś nie przemyślę na spokojnie, zaczynam się powtarzać. Jezus popadał w persewerację, kiedy mówił o piekle, w kółko powtarzał, że będzie tam płacz i zgrzytanie zębami. Zaczynam jakąś książkę, dochodzę do setnej strony i rzucam ją w kąt, żeby przeczytać inną. Tak wygląda raczkowanie po pajęczynie bytu jako bytu. Psebotyn jest zarówno pająkiem jak i muchą. Mam tak mało czasu, by nauczyć się żyć, by dokonać czegoś wielkiego, aby coś pozostało z tego, że jestem… pseudo kabotynem. Chrystusowi się to udało, ale za jego czasów sieć bytu jako bytu nie była tak rozległa jak dzisiaj. Kto czytał ewangelię z pewnością dostrzegł, że Jezus mówił co mu ślina na język przyniosła i tak się akurat złożyło, że nieraz dochodził do sprzecznych wniosków, ale nikomu to nie przeszkadzało.

Religia zawsze przyciągała kościelnymi fasadami i dlatego była pusta. Przetrwała dzięki sztuce, którą dzisiaj zżera robak zwany kabotynem czy też epigonem. Sztuka nie może być tylko komercyjną rozrywką, sztuka musi być pasją. Artysta nie może być skromny i konserwatywny, musi być liberalnym psebotynem, musi być bożyszcze. Skończył się czas wyklętych poetów, nie ma już dla nich miejsca w dzisiejszym świecie. Nastała pora dla pseudo kabotynów. Już sam Wojaczek był bardziej poetą-kabotynem, niż poetą wyklętym. Robił wszystko, żeby go zapamiętano jako poetę maudit, nawet zabił się z tego powodu. Teraz sztuka przyciąga fasadami i jest coraz mniej wartościowa. Nie można łudzić się, że przetrwa dzięki religii. Dlatego potrzebna jest nowa interpretacja religii dla dobra sztuki, potrzebna jest reformacja z pełną sekularyzacją. Potrzebna jest większa doza filozofii, zaś mniejsza dawka dogmatów i kanonizacji, które są właśnie pleśnią na fasadach. Nie można nakładać skorupy na skorupę w nieskończoność, należy zerwać całego strupa i wyssać tylko to, co wciąż świeże. Wówczas będzie mogła nastąpić równowaga w kulturze. Oto, co chciałem wyznać i zapisać. Oczywiście jest to kropelka w morzu, ale za to kropelka krystalicznie jowialna. Cieszę się z tego, że mogłem ją wypłakać i podarować temu wysuszonemu światu. Gdyby każdy wydobył taką kropelkę nad tą rozrastającą się pustynią niebytu, którą staje się dwudziesty pierwszy wiek, to mogłaby powstać jakaś kontrkultura. Pseudo kabotyni wszystkich kultur łączcie się!

Arkadiusz Sokol


  Arkadiusz Sokol alias Vassago  (ur.6.07.1981 – zm.31.03.2004)

„Każdy ma swojego diabła i nie spocznie dopóki go nie odnajdzie” to słowa, które wypowiada w końcowej scenie filmu the Crow Top Dollar (grany przez Michaela Wincott’a) na kilka minut przed zgonem. Istota tej maksymy może być pojmowana na różne sposoby. Diabeł niekoniecznie musi symbolizować zło i nienawiść, ten demon nie jest upadłym aniołem, nie jest antychrystem, nie jest niczyim wrogiem i kusicielem. Równie dobrze można by zastąpić diabła słowem bóg. Zdanie to wskazuje nam dwie drogi. Jedna pogrążona jest we mgle i prowadzi do samotności, dzięki której idący nią nieszczęśnik odnajduje swojego ducha opiekuna, który w gruncie rzeczy jest jego własnym tworem. Druga to szlak rozpaczliwej wiary, coraz bardziej stroma wspinaczka na szczyt wyzutej z dogmatyczności prawdy.

Arek Sokol był człowiekiem, który w osobliwy sposób delektował się własną udręką. Obsesyjnie rozpamiętujący niepowodzenia tak w sferze prywatnej, jak i artystycznej. Pisanie i rysowanie stanowiło dla niego jedyny zawór bezpieczeństwa. Może i ta twórczość jest trochę patetyczna, ale za to bez żadnych zahamowań. Przekazuje ona gorycz i gniew na świat jak u mało kogo, choć w życiu generalnie wiodło się mu nie najgorzej. Twórca teorii Pseudo-Kabotyna wychowywał się w normalnej, kochającej rodzinie aż do chwili, gdy mając 17 lat przestał być wierzącym katolikiem. Poróżnił się wtedy z rodziną, ale pozostał nieugięty. Gdy Bóg go zawiódł, gdy kobieta, którą kochał odeszła z innym(i), zwrócił się ku piekłu i próbował zaprzedać swoją duszę diabłu. Ale szybko doszedł do wniosku, że to prymitywne. Ostatnią deską ratunku dla jego zdrowia psychicznego okazała się Filozofia. Dzięki niej odnalazł swojego Boga, tego właściwego Boga, którego zaczął pojmować intuicyjnie. Przeszedł drogę od sceptyka do mistyka, a potem podążył nową ścieżką, o której nam niepodobna jeszcze nic powiedzieć. W między czasie szukał tylko jednej rzeczy: miłości. Był święcie przekonany, że wcześniej czy później jego Demon (Diabeł-Bóg, którego w końcu odnalazł) zezwoli mu na pełną i odwzajemnioną miłość. Był gotów zaprzedać w zamian duszę. Zdążył jednak tak przyzwyczaić się do życia bez miłości, że musiał wyszukiwać sobie coraz bardziej wyrafinowane tortury. To ostatecznie doprowadziło do jego śmierci.